czwartek, 6 października 2016

Rozdział 1

Ignis POV:

Przechadzając się po lesie i powłócząc nogami, gdyż wyjątkowo brakowało mi dziś wigoru, próbowałem upolować coś, co byłoby zdatne do jedzenia i wystarczyłoby mi do końca dnia. Cała ta ślamazarność i zmęczenie wzięły się z niemożności spania dzisiejszej nocy. Do samego rana trwałem w zupełnej przytomności, a wszystko to przez dziwny niepokój i napięcie ogarniające moje serce. Lecz czymże mogłem się martwić? Moja kryjówka była dobrze ukryta, a cały zewnętrzny świat był spokojny, ogarnięty snem... Cisza wręcz brzęczała w uszach.
Włóczyłem się po lesie już dobre kilka godzin, lecz zwierzyna czmychała przede mną zadziwiająco łatwo. Sfrustrowany, kląłem pod nosem, co jedynie zagłuszało odgłosy wokół i utrudniało zdobycie pożywienia, odstraszając potencjalne ofiary. Widząc królika, rzuciłem się w jego stronę ze szponami, lecz w jednym momencie wskoczył w jakieś rozległe krzaczyska i tyle go widziałem. Cudownie.
- Brawo, Ignis, ty idioto! - wrzasnąłem, podnosząc kamień i ciskając nim z całej siły w krzaki. Przez mój wrzask, z drzew wzleciały w powietrze ptaki, skrzecząc głośno, co jedynie bardziej mnie rozwścieczyło. Wydając z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk, coś pomiędzy piskiem a rykiem, zamachnąłem ogonem i okręciłem się wokół własnej osi, szczerząc kły.
- Chodźcie do mnie, malutkie, słodkie królisie. - warknąłem, poruszając się najciszej jak tylko mogłem wśród zarośli, rozglądając się i nasłuchując. - Braciszek Ignis nic wam nie zrobi, jedynie skręci te puszyste karki i nadzieje na rożen...
Uderzyłem się otwartą dłonią w czoło.
- Zamknij się. - warknąłem, zły na samego siebie. Czy to było dziwne, że rozmawiałem sam ze sobą? Nie. Kiedy nie ma się do kogo otworzyć gęby, szuka się każdego możliwego zamiennika. Grunt, że nie rozmawiałem ze swoim odbiciem.
Wdrapałem się na jedno z wyższych drzew i spojrzałem na położenie słońca na niebie. Westchnąłem. Było już dobrze po południu, za kilka godzin zacznie się ściemniać a mi burczy w brzuchu. Co najgorsze - nadal nie złapałem nic do jedzenia.
Czułem się naprawdę źle, co nie pomagało w polowaniu. Poruszałem się z trudem, a głód utrudniał koncentrację. Do tego jeszcze oczy same mi się zamykały, rozpaczliwie pragnąc choć minuty snu. Ale nie mogłem pójść spać, dopóki nie zdobędę pożywienia. To był mój priorytet, dopiero później przyjdzie czas na odpoczynek.
Postanowiłem jednak wrócić jak na razie do domu. W spiżarni na pewno zostały jeszcze jakieś resztki, które mógłbym wykorzystać by się najeść. Może nie do syta, ale jednak zaspokoiłbym to cholerne ssanie w brzuchu, które naprawdę przeszkadzało. Dawno nie byłem tak głodny. Czasy, kiedy miałem aż takie trudności z upolowaniem czegoś, minęły jakieś sto pięćdziesiąt lat temu, a może i więcej. Nie wiem. Nie liczyłem czasu, nie był mi on potrzebny do szczęścia. Zwracałem uwagę jedynie na zmiany w moim ciele oraz na przybywające ogony. Lecz, o ironio, jak na razie posiadałem jeden. Czyli tak w teorii miałem nieco ponad sto lat. Ponad sto pięćdziesiąt. Prawie dwieście? Kogo to obchodzi? Wiek to tylko liczba.
Zamachnąłem zamaszyście ogonem, po czym zeskoczyłem z drzewa i w kilku susach przemierzyłem wysokie krzaki, by wyjść na dróżkę, a stamtąd znów zatopić się w gąszczu lasu. Miałem już serdecznie dosyć tkwienia w jakiś krzakach i polowania na te cholerne króliki. No ile można? Do tego do domu miałem daleko, gdyż w ciągu tych kilku godzin zdążyłem przemierzyć spory kawał lasu. Świetnie. Już zdążyłem znienawidzić ten dzień.
Nadal czułem ten niepokój, nie powiem że nie. Jakby delikatne ciągnięcie w piersiach... ani przyjemne, ani nie. Nie potrafiłbym tego dobrze opisać i nawet nie próbuję. Po prostu było to dziwne, zostańmy przy tym.
Zebrałem po drodze garstkę jagód, by w jakiś sposób zaspokoić głód. Niewiele to dało, jako iż moja dieta bazowała głównie na mięsie, ale przyjemnie było poczuć w ustach smak jakiegoś pożywienia. Mimo, iż były to jedynie marne jagody. Zebrałem jeszcze trochę do jednego z woreczków, które zawsze nosiłem przy sobie na wszelki wypadek i ruszyłem dalej powrotną drogą. W nogach już odczuwałem nieznośny ból.
Droga ciągnęła mi się niemiłosiernie, a co najgorsze, była bezowocna. Wychodząc na ukochaną polanę, aż podskoczyłem z radości. Nareszcie w domu! Szybko wdrapałem się po gałęziach ogromnego, rozłożystego drzewa, wśród których mieścił się mój dom.  Nie był wielki, biorąc pod uwagę fakt, że sam go zbudowałem i sam w nim mieszkałem, ale dobrze pełnił swoją funkcję. Był tak ukryty wśród gałęzi, że nawet i zimą trudno było go dostrzec. Otworzyłem drzwi złotym kluczem, jednym z dwóch, które nosiłem przy sobie, po czym wkroczyłem do pierwszego pomieszczenia, a zaraz stamtąd ruszyłem do kuchni. Domek był prosty, drewniany, lecz nieco musiałem się natrudzić, by zdobyć wszystko to, dzięki czemu wyglądał jak wyglądał. Nikt nie chciał widzieć kitsune w mieście, a raczej, ci co chcieli należeli do osób, z którymi ja osobiście obcować ochoty nie miałem, najmniejszej. Parszywi Łowcy. Gdybym nie uciekł, szybko ozdobiłbym ramiona jakiejś paniusi. Tak samo, jak moi rodzice...
Nieważne. Nie czas na rozmyślanie nad tą sprawą. Odsuwałem ten temat od siebie przez wiele lat, mimo iż prędzej czy później musiałem zmierzyć się ze swoją przeszłością. Przeszłością, która pokazała mi jedynie, jak bezwartościowi i jakimi materialistami są ludzie. Nienawidziłem ich szczerze i wcale się z tą nienawiścią nie kryłem. Cholerni ignoranci, którzy myślą tylko o sobie, a dla własnej wygody są w stanie odebrać ci dosłownie wszystko, całe szczęście, cały sens życia. "Bo oni chcą, bo im się należy, bo chcą być szczęśliwsi.". Kosztem kogoś, kto będzie przez to ich "szczęście" cierpiał? Tacy właśnie są. Za grosz w nich poszanowania czyiś wartości.
Dlatego ich unikałem i trzymałem od siebie na dystans, dlatego byłem dla większości chłodny i nie pozwalałem wchodzić sobie na głowę. By wiedzieli, gdzie znajduje się ich miejsce i że ze mną tak łatwo nie ma, gdy już raz zajdzie się mi za skórę. Heh, dosłownie...
Sami nauczyli mnie, jak należy ich traktować. Sami mnie nauczyli, że nawet ci, którzy uśmiechają się do ciebie promiennie, są w stanie z zimną krwią wbić ci nóż w plecy i zabrać całe szczęście, jakie posiadasz. Bo im się należy. NALEŻY IM SIĘ.
A ja mogłem wyglądać na słabego, lecz wcale taki nie byłem. W obronie tego, co kocham, zdolny jestem naprawdę do wielu rzeczy. Lecz teraz nie pozostało mi już nic, co mógłbym chronić, dotrzymywałem jedynie obietnicy złożonej własnej matce, kiedy byłem jeszcze szczeniakiem. Że mam żyć i się nie poddawać, więc robiłem to przez te wszystkie lata. Może sam jak palec, może i na wygnaniu, ale przynajmniej mogłem poszczycić się honorem, którego te parszywe, manipulatorskie gnidy nie posiadają i nigdy nie będą.
Dla mnie obietnica była świętością, której profanacji nie byłbym w stanie się dopuścić.
Zamachnąłem ogonem z irytacją, nie wiem po raz który już w ciągu tego jednego dnia, tym razem przez własne myśli, pełne żalu i wściekłości. Zacząłem się trząść ze zdenerwowania do tego stopnia, że rubiny zwisające z mego złotego diademu wprawiłem w kołysanie. Oparłem się dłońmi o stół, po czym wypuściłem z siebie głośno powietrze. Nie lubiłem u siebie tych ataków nagłej wściekłości, jako iż czułem się po nich wyjątkowo wyczerpany, a im dłużej trwały, tym gorzej później się to objawiało. W jednej chwili podniosłem ze stołu jabłko i cisnąłem nim w jedną ze ścian z taką siłą, że aż rozprysnęło się na wszystkie strony i zostawiło po sobie mokrą plamę. Opadłem na podłogę, wbijając w nią szpony i zawyłem. Traciłem nerwy. I pomyśleć, że wszystko to przez jedną myśl na TEN temat, która pociągnęła za sobą całą lawinę rozżalenia, bezsilności i wściekłości, której nie miałem prawa dać upustu. I to męczyło najbardziej. Wykańczało psychicznie.
Niech ktoś da mi cierpliwość, bo jak da mi więcej siły, to rozniosę tych, którzy mi wadzą. Co niektórzy nie powinni istnieć, nie powinni nigdy mieszać się w życie moje i moich najbliższych. Gdybym tylko mógł, sam zmiótłbym ich z powierzchni tej ziemi.
Zajrzałem do niewielkiej spiżarki, która mieściła się za drzwiami, lecz niestety, nie znalazłem tam niczego oprócz kilku kradzionych owoców. Żadnego mięsa, nawet przechowanego kawałka. Westchnąłem. Chyba powinienem wybrać się po raz kolejny na polowanie, inaczej czarno widzę nadchodzący czas.  Ale w tym stanie...
Przemierzyłem powoli dom, stukając o podłogę swymi butami na podwyższeniu, głęboko zamyślony. Przeszedłem do sypialni, w której znajdował się mój futon, szafa z szatami a także wielka skrzynia, pełna pamiątek i błyskotek, do której klucz nosiłem zawsze przy sobie. Wyjrzałem przez okno, obserwując jak powoli zmierzcha i słysząc, jak świerszcze zaczynają wygrywać swoje melodie. Uwielbiałem tą porę dnia - niebo nabierało ciemniejszych barw, powietrze miało specyficzny, rześki zapach, a cała nocna fauna budziła się do życia, wraz z istotami nie całkiem znanym ludziom.
Opuściłem więc dom, kierując się w stronę zarośli, nieco ożywiony. Noc zdecydowanie była moją porą do życia, nie to co duszące i przytłaczające popołudnia. Noc zdecydowanie bardziej odpowiadała mojej naturze i sprzyjała zmysłom.


***


Zawędrowałem niezbyt daleko, by nie popełnić wcześniejszego błędu. Przyczajony w zaroślach, już miałem okazję na łatwą zdobycz, gdyż niczego nieświadomy królik przycupnął w wysokiej trawie, nie zdając sobie sprawy z mej obecności. Obserwując, jak porusza swymi długimi uszami i węszy, zamachnąłem ogonem z zadowoleniem, a w mych ustach zebrała się ślina. Byłem tak głodny... I tak bliski złapania go, tak bliski.
W momencie, gdy już miałem się na niego rzucić, przez ziemię przebiegł wstrząs, a zaraz po nim rozległ się przeraźliwy huk. Uniosłem wysoko uszy, nasłuchując i na chwilę tracąc zainteresowanie królikiem, który w tym czasie zniknął mi z oczu, lecz nie przejąłem się tym tak bardzo, jak powinienem. Byłem zaniepokojony, gdyż takie coś nie miało prawa się wydarzyć, a raczej ja nie znałem powodu. dlaczego by miało. Poczułem silny dreszcz, przebiegający przez całe moje ciało, który postawił wszystkie drobne włoski, a wcześniej odczuwane rwanie w piersi stało się wręcz nieznośne. Wyczuwałem magię... nieznaną mi magię, wywołującą niepokój, lecz w jakiś mroczny sposób przyciągającą do siebie. Sprawiającą, że serce zaczyna bić szybciej, lecz dlaczego? Nie miałem pojęcia.
Musiałem przerwać polowanie. Nie chciałem znaleźć się w pobliżu tego czegoś, a coś mi się wydawało, że nie miało to zbyt przyjaznych zamiarów. Pod postacią lisa czmychnąłem więc w przeciwną stronę, decydując się na odwiedziny w leżącej na skraju lasu ludzkiej wiosce - miejsca niebezpiecznego dla kitsune i innych demonów, lecz innego sposobu na zdobycie pożywienia tym razem nie miałem, ku memu niezadowoleniu. Adrenalina krążąca w mych żyłach dodała mi sił, dlatego też biegłem szybciej niż zwykle, pomimo ogólnego zmęczenia. Kątem oka widziałem, jak wiele zwierząt również czmycha przed nieznanym niebezpieczeństwem, by nie znaleźć się w polu rażenia. Dreszcze wciąż przechodziły moje ciało, a sierść stawała dęba. Ta magia była przerażająca.
Dość szybko znalazłem się tuż przy wiosce, gdzie zwolniłem bieg, aż w końcu zacząłem się skradać. Na obrzeżach było zadziwiająco cicho, jak jeszcze nigdy o tej porze. Czyżby nikogo nie było w domach?
Przybierając postać człowieka, zakradłem się do jednego domostwa, wyczuwając uprzednio, iż mieszkańcy gdzieś wybyli. Nie tracąc czasu na przetrząsanie ich majątku, jak to zwykle miałem w zwyczaju, udałem się prosto do kuchni, by poszukać czegoś smacznego. Dom nie wyglądał na własność niższej klasy i zapewne taki nie był, jako iż znalazłem pełno rarytasów, lecz oczywiście nie mogłem zabrać zbyt wiele, z racji iż musiałem się stąd dość szybko ulotnić. Machając z zadowoleniem ogonem, chwyciłem bochenek chleba, a gdy wyciągnąłem dłoń po coś jeszcze, strąciłem metalową miskę na podłogę. I wiedziałem już, że będę musiał jak najszybciej uciekać.
Usłyszałem kroki w sąsiednim pomieszczeniu, całkiem szybko zbliżające się w stronę kuchni.  Czyli jednak ktoś tu był? Cholera, przez to, że byłem zmęczony, moje zmysły nie działały poprawnie. Otworzyłem okno i wypadłem na zewnątrz, lecz niestety, zdradził mnie koniuszek ogona, który został dostrzeżony przez ludzi. Usłyszałem krzyk, a potem trzask frontowych drzwi i głośne nawoływanie. Ruszyłem biegiem w stronę lasu, z przeraźliwie szybko łomoczącym sercem. Jeśli będę mieć pecha, zaczną gonić mnie Łowcy, o ile jacyś byli w pobliżu, a oni nigdy nie odpuszczają, jeśli chodzi o kitsune. Mieli z tego niemałe zyski.
Nie dam się obedrzeć ze skóry, pomyślałem i przyspieszyłem, kiedy usłyszałem za sobą o wiele więcej kroków niż wcześniej. Odwróciłem się na ułamek sekundy i już miałem pewność, że ten dzień jednak potrafił stać się gorszy niż był, a ja mam niewyobrażalnego pecha w życiu. To byli oni, Łowcy we własnej osobie. Gdybym był w lepszej formie, może i stanął bym z nimi do walki, lecz w tej chwili czułem, że moje siły są już na wyczerpaniu. Jedynym, co pozwalało mi biec dalej, była adrenalina i wściekłość. Tak bardzo nienawidziłem ich za to, co zrobili...
Ściskając chleb w ramionach, biegłem ile sił w nogach, lecz z przerażeniem uświadomiłem sobie, że są coraz bliżej, a ja musiałem najpierw ich zgubić, by przez przypadek nie zdradzić miejsca swej kryjówki. Wiedziałem, że nie mam na to sił, co tylko jeszcze bardziej podsyciło mój strach. Z tego wszystkiego nie pomyślałem nawet, by przyjąć lisią formę. Nawet nie zwróciłem uwagi, dokąd biegnę, a kiedy ponownie poczułem ciarki na całym ciele, zrozumiałem, że jestem bliżej dziwnej magii niż wcześniej. Z deszczu pod rynnę. To naprawdę nie twój dzień, Ignis. Czyżbyś już dziś miał podzielić los swych rodziców? Trzeba było zadowolić się tym cholernym jabłkiem.
Z mej lewej strony przemknął jakiś cień, a ktoś za mną wydał z siebie przeraźliwy krzyk. Nie rozumiałem sytuacji, a mój cel był jeden - uciec jak najdalej, by w końcu odetchnąć. Nim się spostrzegłem, zacząłem powłóczyć nogami i zahaczać połami szaty oraz włosami o wszystkie wystające gałęzie wokół. Potknąłem się nawet na kamieniu i przeleciałem kilka dobrych metrów, unosząc chleb nad głową. W innej sytuacji wyglądałoby to pewnie dosyć zabawnie, lecz teraz nie było mi do śmiechu, wręcz przeciwnie. Poobijany i podrapany podniosłem się szybko i wznowiłem bieg, dysząc ciężko z przemęczenia. Cholera jasna. Dajcieże mi już spokój!
Zbyt szybko traciłem siły. Będąc już na skraju wytrzymałości, osunąłem się po jakimś zboczu, brudząc się cały błotem i stwarzając na ciele kolejne zadrapania. Popędziłem po raz kolejny przed siebie, nadal słysząc za sobą odgłosy pogoni, a do tego jeszcze szczekanie psów. Czyżby dołączyli kolejni...? Im było ich więcej, tym miałem większy problem.
Nie dawałem już rady. Byłem za słaby i sam zaczynałem nabierać wątpliwości. Po co jeszcze walczę? Dlaczego tak trudno pogodzić mi się z własną śmiercią? Złożyłem obietnicę, to prawda, lecz czymże było me życie i jaki był jego sens...? Gdy już miałem upaść i po prostu się poddać, ujrzałem nad sobą jakąś dłoń. Niewiele myśląc, po prostu chwyciłem za nią, przez co zostałem pociągnięty w górę i znalazłem się wysoko na jakimś drzewie, ukryty w gęstwinie liści.
Obok siebie ujrzałem przycupniętą postać, skrytą pod czarnym płaszczem. Nie wiedziałem, kim był ten ktoś, lecz najwyraźniej uratował mi życie, za co byłem ogromnie wdzięczny. Już miałem zadać pytanie, kiedy ten odwrócił się w moją stronę i przyłożył do ust palec, zakończony ostrym, czarnym szponem by nakazać mi ciszę, po czym jego ciało stało się ciemne i przejrzyste, a z tyłu dało się dostrzec dziewięć falujących lisich ogonów. Zrzucił z siebie płaszcz, po czym zeskoczył z drzewa, lecz z tej perspektywy nie mogłem dostrzec, co dzieje się na dole, jako iż cały widok przesłaniały mi liście i nie pomagał nawet mój dobry wzrok. Słyszałem jedynie przeraźliwe krzyki Łowców i ujadanie psów, a potem... a potem zapadła cisza.

9 komentarzy:

  1. Chujowe totalnie :) Nie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie lepsze, niż twoje denne wypociny, pani Mileno~
      Idź smaż się w piekle~

      Usuń
    2. Kupić ci maść na ból dupy~?

      Usuń
    3. Drogi anonimku jeśli nie podoba ci się opowieść to jej nie czytaj.. problemy osobiste załatwiaj prywatnie, a nie poprzez bezsensowne komentowanie :) pozdrawiam

      Usuń
  2. Piszesz to dalej lub coś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piszemy*
      I oczywiście, że tak~

      Usuń
    2. To czekam z niecierpliwością:D

      Usuń