poniedziałek, 13 listopada 2017

Rozdział 2

Nocturne POV: 

Zimno... Czuję ucisk w okolicach nadgarstków, na szyi i kostkach. Jest to zimne i ciężkie, ale czy to...? Tak, to łańcuchy. Cóż się wydarzyło, żem znalazł się w tak opłakanej sytuacji..? Nie mogę sobie tego przypomnieć, spowija mnie ciemność. Na mych powiekach ciąży jakiś niewidzialny ciężar, jakby były sklejone jakimś rodzajem żywicy. Me ciało jest ociężałe, mięśnie odmawiają jakiegokolwiek posłuszeństwa. Okropne uczucie niemożności niczego, zupełnie jakby moje istnienie rozpływało się.
Otaczająca mnie głucha cisza zaczynała dzwonić w mych uszach, zakłócając myśli. Jednakowoż wśród całej ciszy, ledwo co, słyszalne było opadanie kropel wody do jakiejś kałuży. Ani jeden powiew wiatru nie poruszył mymi włosami, więc musiałem być w jakimś pomieszczeniu, a dokładniej w celi... Z dala od słońca, z dala od jakichkolwiek oczu, zostałem zesłany do Podziemnego Miasta Umarłych, do katakumb Rodu Cienia... Moja kara - sen po wieczność, powinna trwać nadal, lecz coś... Coś było nie tak.
Wspomnienia wracały powoli do mej głowy, a me serce coraz bardziej przepełniało się żalem. Jakim głupcem byłem... Gdy ona, moja matka, w całej swej nienawiści wykrzykiwała swą klątwę, ja nie mogłem zrobić nic, tylko czekać w ciemnościach, związany i bez głosu. Bezsilność była przekleństwem, a mimo że byłem potęgą.. Pieczęć starożytnych skutecznie mnie zamknęła. Każdy zły wybór pociąga za sobą konsekwencje, dobrze to wiem. Straciłem wszystkich - rodzinę, przyjaciół, ukochaną... Nie mam nikogo ani niczego, ażeby się ostać, nie posiadam celu czy też podtekstu do życia. Chociaż... Mógłbym pragnąć zemsty, czyż nie...? Za każdą krzywdę, przelaną krew, za wszystko... Odwdzięczę się dwa razy gorszą śmiercią... Wymorduję wszystkich z Rodu Światła oraz ludzi z nimi współpracujących. Plan idealny, lecz... Czy to ma jakikolwiek sens?
Poczuwszy dotyk jakby jedwabiu na swym nosie, zaskoczony spróbowałem otworzyć oczy, lecz za pierwszym razem oślepiło mnie zielonkawe światło. Otworzywszy je po raz drugi, z trudem, otrzymałem jedynie rozmazany obraz, nic więcej.  Po kilku mrugnięciach mój wzrok nabrał ostrości, a ja dostrzegłem małą Kodamę, która dotykała mojego nosa swymi małymi, duchowymi łapkami. Widząc, że moje oczy były otwarte, jej lodowe oczęta przymknęły się w radosnym wyrazie i przylgnęła bliżej mej twarzy wtulając się w mój polik z cichym piśnięciem. Jej delikatny szmaragdowy blask lśnił przy mej twarzy, nadając krwistoczerwonemu oku inny połysk.
Znałem to uczucie, te ciepełko emanujące z jej ciałka. Należała do nas, naszego rodu i była objęta naszą opieką, lecz czemu została przy mnie, a nie na górze...?
- Woeddwedd ..? Cóż się stało? - zapytawszy zmrużyłem oczy. Zachrypnięty głos wcale nie dodawał mi uroku, raczej bardziej straszył, lecz jeśli nie mówiło się przez tyle stuleci... To nic dziwnego, że brzmię jak ryczący Ookami z rodu Walecznych.
Wydawała się strasznie przybita, mimo iż wiedziałem czemu, to nie chciałem przyjąć tego do swej wiadomości... Tego, że mogłem tam być, obronić wszystkich, moją rodzinę... Moja rodzina, mimo iż wszyscy byli potężni... Mimo iż mój ojciec był prawdziwym potworem, to nie dali rady... Wiem to, nie wyczuwam nikogo ze swej rasy w pobliżu... Nie ma nikogo...
- Piiii! - z głębokiego zamyślenia wyrwał mnie dosyć głośny pisk małej Kodamy. Zwróciłem ku niej swą pionową źrenicę, wpatrując się w jej duże lodowo niebieskie oczęta.
- Que..? - uniosłem jedną brew ku górze, widząc jak zmienia jej się wyraz twarzyczki, a na zielone policzki wstępuję szkarłat. Czyżbym jej nie słuchał i olewał..? - Squaess'me, zamyśliłem się, malutka.
- Pi pi pi pi! - machając łapkami na wszystkie strony świata i mając wkurzoną minkę, zaczęła mnie najprawdopodobniej opieprzać. Zachowuje się jak kobieta w czasie rozrodu... Czemu zawsze mnie to spotyka, że się wyżywają na mnie? Przypomniało mi to stare czasy, kiedy siostra oraz matka wydzierały się na mnie i ojca, przez co musieliśmy uciekać z domu na kilka dni, najczęściej do babci, matki mojego ojca. Była przepiękną kobietą-cieniem, aczkolwiek połowa jej twarzy była poparzona na skutek uderzenia kogoś z Rodu Światła, nigdy nie powiedziała przez kogo. Aczkolwiek u niej było bezpiecznie, bo czas rozrodu jej nie dotyczył.
Chciałem dotknąć małej, aby się uspokoiła, aczkolwiek moja ręka została zatrzymana przez coś. No tak... łańcuchy. Zaczęły mnie powoli drażnić, gdyż drętwiały mi całe ręce, a raczej całe ciało. Czas się tego pozbyć. Lekko nimi szarpnąłem, aby się przekonać czy są przymocowane oraz jak mocne są. Najwidoczniej czas je lekko osłabił, bo nie czułem praktycznie żadnego bólu, gdy poruszałem rękoma. Wyginając usta w krzywym uśmiechu triumfu, nagle szarpnąłem rękoma do przodu, wyrywając złoty łańcuch z kamiennej ściany. Huk mego wybryku był tak głośny, że nie zdziwiłbym się, jakby Władca Lasu to usłyszał. Najprawdopodobniej wywołałem trzęsienie ziemi, ale kogo to obchodzi? Następnie zerwałem łańcuchy z kostek i szyi, aby po prostu wstać i rozprostować się. Strzelanie wszystkich kości w moim ciele równało się z przeciąganiem, co było mi na rękę. Aczkolwiek nie mogłem zlokalizować małej Kodamy, która dosłownie po chwili wyleciała zza rogu i przyległa do mojej dłoni.
- Ayd, leśne dziecię, nie możesz ze mną odejść. - mruknąłem machając dłonią, by mnie puściła. - Masz tu swoje drzewo do pilnowania.  
- PI!!!!!! - jej wściekła mina mówiła za siebie, westchnąłem więc dając spokój, a ona sama była za bardzo zadowolona. Podszedłem do drzwi swej celi, po czym wykopałem je aż na koniec korytarza. Wraz z tym, jak szedłem przez korytarz, pozostałości łańcucha na mej osobie rozpadały się tworząc złoty pył falujący w powietrzu. Kodama siedziała na mym ramieniu, niczym mój wierny stróż, lecz w rzeczywistości nie była zdolna do walki dłuższej niż pięć minut w prawdziwej formie. Niestety nie były to najmocniejsze stworzenia, lecz co prawda wierne jak nikt. 
Dotarłem do jednego z pokoju straży, lecz był pozbawiony żywego ducha. Na szczęście zostały tam jakieś ubrania, które mogłem wykorzystać, gdyż te stare były bardzo zniszczone. Wziąłem dosłownie wszystko to, co nadawało się do noszenia, po czym skierowałem się do wyjścia awaryjnego, które zostało zbudowane na wypadek jakiegoś nieszczęścia. W ciemnościach widziałem bardzo dobrze, więc nie potrzebowałem żadnego światła, które by mi tylko przeszkadzało. Nie słyszałem dosłownie niczego, może jedynie walące się kawałki skał. Po chwili wchodzenia po schodach, odsunąłem kamień i wyszedłem.... Na łąkę? Wynurzyłem się z mroku pomiędzy kamieniami, po czym rozejrzałem się dookoła. Po mojej wiosce nie było ani śladu, nawet najmniejszego, w zamian rozciągała się rozległa łąka usiana kwiatami oraz pojedynczymi drzewami. Gdzie mój dom...?  Zaciskając dłonie w pięści tak, aby nie zrobić sobie krzywdy szponami, warknąłem. Zrównali z ziemią calutką wioskę, dosłownie wszystko. JAK ONI ŚMIELI?!! WYMORDUJĘ KAŻDEGO Z OSOBNA!
Gniew we mnie wrzał do tego stopnia, że trudno było mi oddychać, a moje cienie szalały wokół niszcząc krajobraz. Nigdy im tego nie wybaczę, sprawię, że będą cierpieli znacznie gorzej ode mnie. Powoli rozluźniając uścisk dłoni oraz wszystkich mięśni w swym ciele, spojrzałem w błękitne niebo oczyma pełnymi nienawiści. To dopiero początek. Poruszając się naprzód, skierowałem się do rzeki, która płynęła nieopodal. Przynajmniej miałem nadzieję, że nadal tam była. Musiałem się doprowadzić to porządku, bo raczej nie wyglądałem na żywego. Pionową źrenicą zlustrowałem cały krajobraz wokół siebie. Wszystko było tak inne... Tak nieznane dla mych oczu. Praktycznie ze smutkiem podążyłem znaną mi, teraz zarośniętą drzewami i krzakami drogą do rzeki. Mała Kodama trzymała się moich włosów, samemu rozglądając się naokoło. Jej świetliste ciałko przygasło przy promieniach słonecznych. Nienawidziłem słońca, zaiste z natury i charakteru byłem dzieckiem mroku.
Wywlekłszy się spośród gęstwin, stanąłem przed krystaliczną rzeką, w której dostrzegłem pływające ryby. Przez chwilę wodząc po nich wzrokiem, zadumałem się, lecz potrząsnąwszy głową westchnąłem. Położyłem zdatne ubrania na kamieniu, oświetlonym przez słońce, chciałem je trochę ogrzać. Niech przynajmniej ubrania będą ciepłe w przeciwieństwie do ciała, od którego wiało chłodem. Moja mroczna natura miała w sobie podarek lodu, który niegdyś otrzymałem od swej żony... Żony, która zniknęła z powierzchni ziemi, została zamordowana, mimo iż była święta. Dla tych cholernych kreatur z Rodu Światła nie miało to znaczenia, dopuścili się profanacji i powinni otrzymać jedną z najwyższych kar - śmierć. Moja nienawiść zalała całą czarę goryczy brudząc czarną cieczą resztę pojemników z uczuciami.
Dosłownie zerwawszy z siebie stare łachmany, rozebrałem się w szybkim tempie, aby wejść do zimnej wody. Może ona ukoi tą wściekłość, która zbudziła się we mnie i wrze niczym szalona, trawiąc me wnętrze. Zanurkowałem, chcąc zmyć z siebie cały brud, a także feralne myśli, nie było mi to potrzebne w danej chwili. Cały ten smród starocia, brud i kurz powoli opadały na dno tej rzeki, kalając je. Pozostałem tak chwilę, po czym otrzepałem się z brudu i wynurzyłem się na powierzchnię lazurowej tafli. Stanąwszy na suchym gruncie, pozwoliłem by przez chwilę krople wody spływały po moim nagim ciele. Wytarłem się jakimś skrawkiem materiału, który zabrałem również ze sobą, a następnie przyodziałem nowe odzienie, które nie było takie złe jak z początku mogłoby mi się wydawać. Czarna materiałowa maska zasłaniała mi dolną połowę twarzy, a to było najważniejsze, gdyż czarne usta i wystające ostre kły nie były najlepszym widokiem na zapoznanie się z kimś i nie wystraszenie go na śmierć. Zarzuciwszy czarny, długi i postrzępiony płaszcz z futrem na swe ramiona przymknąłem krwistoczerwone oczy i ruszyłem w dalszą drogę ze swym towarzyszem Kodamą, która zasiadła na mej czarnej głowie.


***

Wędrowałem po znanych, a zarazem już nierozpoznawalnych dla mnie ścieżkach leśnych, które porośnięte były bujną roślinnością, zakrywającą dawną historię. Dawniej na tych drogach rozciągał się szlak kupiecki prowadzący prosto do naszej wioski, która zapewniała bezpieczeństwo każdej żyjącej istocie. Głównym zadaniem Cieni było zapewnienie ochrony demonom, a przede wszystkim Kitsune, przed ludźmi chcącymi ich skrzywdzić, czyli Łowcami lub kapłanami, którzy szkolili się na egzorcystów. W dawniejszych czasach nie byli większym wyzwaniem dla mojego gatunku, lecz wyczuwając znikomą ilość demonów i duchów w lesie, który kiedyś tętnił życiem, mogłem śmiało stwierdzić, że ich potęga rozrosła się. Nie zmusiwszy się nawet do namysłu, wiedziałem, że winnym był tylko i wyłącznie Ród Światła, który połączył z Łowcami swe losy, doprowadzając do naszej zagłady. Jednakowoż zapewne nigdy nie wzięli pod uwagę faktu, że jedna czarna kropla może zmącić im cały spokój na krystalicznej tafli jeziora. Zawsze odznaczali się arogancją i dumą, która zakorzeniona była w nich tak głęboko, że z pokolenia na pokolenie stawali się coraz gorsi.
- Pi pi pipi..PIPI! - mała Kodama zaczęła się telepać przed moja twarzą, chcąc zwrócić koniecznie moją uwagę. Dosyć skutecznie, gdyż stanąłem w miejscu, a moja cała uwaga została jej oddana. Pisnęła zadowolona, po czym wtuliła się w mój lewy policzek zaczynając się o niego ocierać. Zachowywała się podobnie do nekomat, które lubiły pieszczoty, albo zabijanie, ale to już inny temat. Delikatnie przejechałem po niej opuszkami swych uzbrojonych w ostre szpony palców, okazując jej afekcję. Była tak samo samotna jak ja....
Nagle mych uszu dobiegł dźwięk wzajemnego nawoływania się, co oznaczało iż rozpoczęło się polowanie. Bardziej skupiając się na dźwiękach, a także korzystając ze swoich umiejętności mogłem stwierdzić ilość osób oraz ich rasy. Ludzie, a raczej Łowcy gonili Kitsune, hm? Znałem kierunek, w którym się przemieszczali, więc od razu wyrwałem z miejsca zmieniając się w cień i pognałem do przodu. W mgnieniu oka dostrzegłem Łowcę z lewej strony młodego rudego Kitsune i rzuciłem się na niego ze szczęką wypełnioną ostrymi kłami utworzonymi z cienia. W swojej cieniowej formie moje ciało zmieniało się wedle mego uznania, więc w bardzo łatwy i szybki sposób wgryzłem się w szyję Łowcy i jednym pociągnięciem oderwałem kawał jego mięsa aż wszędzie rozbryzgła się szkarłatna krew. Zdążył wydać z siebie tylko krzyk, podczas gdy ja odebrałem mu płomień życia i wchłonąłem go, by odzyskać większość straconych sił i magii. Odbierając przeciwnikowi życie i lata, które mu pozostawały do śmierci, zyskiwałem je wydłużając sobie byt. Nie było to dla mnie okrutne, jedynie okazywało się naturalną selekcją.
Nie zwlekając dłużej przeniosłem się kilka metrów dalej na pobliskie drzewo, przybierając fizyczną formę, aby złapać liska, który sprowadził na siebie wielkie kłopoty. Jego dłoń była splugawiona różnymi zadrapaniami spowodowanymi ucieczką przez gęstwiny leśne, ale mimo to delikatna. Był tak bardzo wyczerpany. że zapewne nie zdawał sobie sprawy z tego kto go uratował, wciągając na drzewo. Nakazałem mu ciszę, po czym zmieniając się w cień Kitsune, a w rzeczywistości cień własnej matki, która dzierżyła dziewięć ogonów, zeskoczyłem w dół wprost w środek Łowców i ich zawszonych kundli. Rzezi, którą spowodowałem, nie uniknęło nic ani nikt. Porozrywałem ludzi i zwierzęta na kawałki, odbierając im życie i zostawiając znak cienia utworzony z ich krwi. Świetliści, którzy znajdą ich martwe ciała z pewnością go rozpoznają, zaczną się lękać i znów upadną, jak za dawnych czasów.
Ubrudzony ohydną krwią tych istot przyjąłem swoją fizyczną postać, aby pomóc zejść z drzewa młodemu Kitsune. Stanąwszy pod drzewem wyciągnąłem swe dłonie do przodu i spojrzałem na lisa przyczepionego do drzewa paznokciami, niedowierzającemu masakry, którą zostawiłem za sobą.
- No skacz. - mruknąłem lekko zirytowany tym, że wgapiał się w moje ręce, nie wiedząc co uczynić. Nie dość, że uratowałem go, to teraz zachowuje się tak niewdzięcznie, nie jest wychowany czy jak? Kręcił nosem przez chwilę i zamiatał ogonem, lecz po chwili wgapiania się we mnie zmrużonymi oczyma mruknął "Dobra" i skoczył w moje ramiona. Złapałem go bez problemu, nie czując jego wagi, jakby był piórkiem. Spojrzałem swymi krwistoczerwonymi oczyma w jego złotawe.
- Skoro cię uratowałem, to może pozwolisz mi się skryć w twym domu przez jakiś czas? - zapytałem, zbierając się w sobie na dłuższe zdanie po tych wiekach milczenia. - Będzie to przysługa za przysługę.
Lis zastanawiał się przez jakiś czas, mierząc mnie podejrzliwym spojrzeniem, jakby chciał mnie prześwietlić, po czym machnął raz jeszcze swoją kitą.
- Pozwolę, tylko masz nie narobić mi kłopotów ani zniszczyć czegokolwiek w domu. - mruknął niezadowolony, na co ja kiwnąłem tylko głową na znak zgody. Nie zamierzałem wyrządzić mu krzywdy ani nic, po prostu potrzebowałem schronienia, kiedy to nie posiadałem zupełnie niczego. Kiedyś miałem wszystko, dzisiaj nie posiadam już nic. Śmieszne.
Wciąż trzymając go na rękach, udałem się w stronę jego domu z pomocą w postaci jego instrukcji. Zaczyna się ciekawie, z chęcią zobaczę na co stać tego młodego lisa, nie licząc oczywiście nieudanej ucieczki, heh.

czwartek, 6 października 2016

Rozdział 1

Ignis POV:

Przechadzając się po lesie i powłócząc nogami, gdyż wyjątkowo brakowało mi dziś wigoru, próbowałem upolować coś, co byłoby zdatne do jedzenia i wystarczyłoby mi do końca dnia. Cała ta ślamazarność i zmęczenie wzięły się z niemożności spania dzisiejszej nocy. Do samego rana trwałem w zupełnej przytomności, a wszystko to przez dziwny niepokój i napięcie ogarniające moje serce. Lecz czymże mogłem się martwić? Moja kryjówka była dobrze ukryta, a cały zewnętrzny świat był spokojny, ogarnięty snem... Cisza wręcz brzęczała w uszach.
Włóczyłem się po lesie już dobre kilka godzin, lecz zwierzyna czmychała przede mną zadziwiająco łatwo. Sfrustrowany, kląłem pod nosem, co jedynie zagłuszało odgłosy wokół i utrudniało zdobycie pożywienia, odstraszając potencjalne ofiary. Widząc królika, rzuciłem się w jego stronę ze szponami, lecz w jednym momencie wskoczył w jakieś rozległe krzaczyska i tyle go widziałem. Cudownie.
- Brawo, Ignis, ty idioto! - wrzasnąłem, podnosząc kamień i ciskając nim z całej siły w krzaki. Przez mój wrzask, z drzew wzleciały w powietrze ptaki, skrzecząc głośno, co jedynie bardziej mnie rozwścieczyło. Wydając z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk, coś pomiędzy piskiem a rykiem, zamachnąłem ogonem i okręciłem się wokół własnej osi, szczerząc kły.
- Chodźcie do mnie, malutkie, słodkie królisie. - warknąłem, poruszając się najciszej jak tylko mogłem wśród zarośli, rozglądając się i nasłuchując. - Braciszek Ignis nic wam nie zrobi, jedynie skręci te puszyste karki i nadzieje na rożen...
Uderzyłem się otwartą dłonią w czoło.
- Zamknij się. - warknąłem, zły na samego siebie. Czy to było dziwne, że rozmawiałem sam ze sobą? Nie. Kiedy nie ma się do kogo otworzyć gęby, szuka się każdego możliwego zamiennika. Grunt, że nie rozmawiałem ze swoim odbiciem.
Wdrapałem się na jedno z wyższych drzew i spojrzałem na położenie słońca na niebie. Westchnąłem. Było już dobrze po południu, za kilka godzin zacznie się ściemniać a mi burczy w brzuchu. Co najgorsze - nadal nie złapałem nic do jedzenia.
Czułem się naprawdę źle, co nie pomagało w polowaniu. Poruszałem się z trudem, a głód utrudniał koncentrację. Do tego jeszcze oczy same mi się zamykały, rozpaczliwie pragnąc choć minuty snu. Ale nie mogłem pójść spać, dopóki nie zdobędę pożywienia. To był mój priorytet, dopiero później przyjdzie czas na odpoczynek.
Postanowiłem jednak wrócić jak na razie do domu. W spiżarni na pewno zostały jeszcze jakieś resztki, które mógłbym wykorzystać by się najeść. Może nie do syta, ale jednak zaspokoiłbym to cholerne ssanie w brzuchu, które naprawdę przeszkadzało. Dawno nie byłem tak głodny. Czasy, kiedy miałem aż takie trudności z upolowaniem czegoś, minęły jakieś sto pięćdziesiąt lat temu, a może i więcej. Nie wiem. Nie liczyłem czasu, nie był mi on potrzebny do szczęścia. Zwracałem uwagę jedynie na zmiany w moim ciele oraz na przybywające ogony. Lecz, o ironio, jak na razie posiadałem jeden. Czyli tak w teorii miałem nieco ponad sto lat. Ponad sto pięćdziesiąt. Prawie dwieście? Kogo to obchodzi? Wiek to tylko liczba.
Zamachnąłem zamaszyście ogonem, po czym zeskoczyłem z drzewa i w kilku susach przemierzyłem wysokie krzaki, by wyjść na dróżkę, a stamtąd znów zatopić się w gąszczu lasu. Miałem już serdecznie dosyć tkwienia w jakiś krzakach i polowania na te cholerne króliki. No ile można? Do tego do domu miałem daleko, gdyż w ciągu tych kilku godzin zdążyłem przemierzyć spory kawał lasu. Świetnie. Już zdążyłem znienawidzić ten dzień.
Nadal czułem ten niepokój, nie powiem że nie. Jakby delikatne ciągnięcie w piersiach... ani przyjemne, ani nie. Nie potrafiłbym tego dobrze opisać i nawet nie próbuję. Po prostu było to dziwne, zostańmy przy tym.
Zebrałem po drodze garstkę jagód, by w jakiś sposób zaspokoić głód. Niewiele to dało, jako iż moja dieta bazowała głównie na mięsie, ale przyjemnie było poczuć w ustach smak jakiegoś pożywienia. Mimo, iż były to jedynie marne jagody. Zebrałem jeszcze trochę do jednego z woreczków, które zawsze nosiłem przy sobie na wszelki wypadek i ruszyłem dalej powrotną drogą. W nogach już odczuwałem nieznośny ból.
Droga ciągnęła mi się niemiłosiernie, a co najgorsze, była bezowocna. Wychodząc na ukochaną polanę, aż podskoczyłem z radości. Nareszcie w domu! Szybko wdrapałem się po gałęziach ogromnego, rozłożystego drzewa, wśród których mieścił się mój dom.  Nie był wielki, biorąc pod uwagę fakt, że sam go zbudowałem i sam w nim mieszkałem, ale dobrze pełnił swoją funkcję. Był tak ukryty wśród gałęzi, że nawet i zimą trudno było go dostrzec. Otworzyłem drzwi złotym kluczem, jednym z dwóch, które nosiłem przy sobie, po czym wkroczyłem do pierwszego pomieszczenia, a zaraz stamtąd ruszyłem do kuchni. Domek był prosty, drewniany, lecz nieco musiałem się natrudzić, by zdobyć wszystko to, dzięki czemu wyglądał jak wyglądał. Nikt nie chciał widzieć kitsune w mieście, a raczej, ci co chcieli należeli do osób, z którymi ja osobiście obcować ochoty nie miałem, najmniejszej. Parszywi Łowcy. Gdybym nie uciekł, szybko ozdobiłbym ramiona jakiejś paniusi. Tak samo, jak moi rodzice...
Nieważne. Nie czas na rozmyślanie nad tą sprawą. Odsuwałem ten temat od siebie przez wiele lat, mimo iż prędzej czy później musiałem zmierzyć się ze swoją przeszłością. Przeszłością, która pokazała mi jedynie, jak bezwartościowi i jakimi materialistami są ludzie. Nienawidziłem ich szczerze i wcale się z tą nienawiścią nie kryłem. Cholerni ignoranci, którzy myślą tylko o sobie, a dla własnej wygody są w stanie odebrać ci dosłownie wszystko, całe szczęście, cały sens życia. "Bo oni chcą, bo im się należy, bo chcą być szczęśliwsi.". Kosztem kogoś, kto będzie przez to ich "szczęście" cierpiał? Tacy właśnie są. Za grosz w nich poszanowania czyiś wartości.
Dlatego ich unikałem i trzymałem od siebie na dystans, dlatego byłem dla większości chłodny i nie pozwalałem wchodzić sobie na głowę. By wiedzieli, gdzie znajduje się ich miejsce i że ze mną tak łatwo nie ma, gdy już raz zajdzie się mi za skórę. Heh, dosłownie...
Sami nauczyli mnie, jak należy ich traktować. Sami mnie nauczyli, że nawet ci, którzy uśmiechają się do ciebie promiennie, są w stanie z zimną krwią wbić ci nóż w plecy i zabrać całe szczęście, jakie posiadasz. Bo im się należy. NALEŻY IM SIĘ.
A ja mogłem wyglądać na słabego, lecz wcale taki nie byłem. W obronie tego, co kocham, zdolny jestem naprawdę do wielu rzeczy. Lecz teraz nie pozostało mi już nic, co mógłbym chronić, dotrzymywałem jedynie obietnicy złożonej własnej matce, kiedy byłem jeszcze szczeniakiem. Że mam żyć i się nie poddawać, więc robiłem to przez te wszystkie lata. Może sam jak palec, może i na wygnaniu, ale przynajmniej mogłem poszczycić się honorem, którego te parszywe, manipulatorskie gnidy nie posiadają i nigdy nie będą.
Dla mnie obietnica była świętością, której profanacji nie byłbym w stanie się dopuścić.
Zamachnąłem ogonem z irytacją, nie wiem po raz który już w ciągu tego jednego dnia, tym razem przez własne myśli, pełne żalu i wściekłości. Zacząłem się trząść ze zdenerwowania do tego stopnia, że rubiny zwisające z mego złotego diademu wprawiłem w kołysanie. Oparłem się dłońmi o stół, po czym wypuściłem z siebie głośno powietrze. Nie lubiłem u siebie tych ataków nagłej wściekłości, jako iż czułem się po nich wyjątkowo wyczerpany, a im dłużej trwały, tym gorzej później się to objawiało. W jednej chwili podniosłem ze stołu jabłko i cisnąłem nim w jedną ze ścian z taką siłą, że aż rozprysnęło się na wszystkie strony i zostawiło po sobie mokrą plamę. Opadłem na podłogę, wbijając w nią szpony i zawyłem. Traciłem nerwy. I pomyśleć, że wszystko to przez jedną myśl na TEN temat, która pociągnęła za sobą całą lawinę rozżalenia, bezsilności i wściekłości, której nie miałem prawa dać upustu. I to męczyło najbardziej. Wykańczało psychicznie.
Niech ktoś da mi cierpliwość, bo jak da mi więcej siły, to rozniosę tych, którzy mi wadzą. Co niektórzy nie powinni istnieć, nie powinni nigdy mieszać się w życie moje i moich najbliższych. Gdybym tylko mógł, sam zmiótłbym ich z powierzchni tej ziemi.
Zajrzałem do niewielkiej spiżarki, która mieściła się za drzwiami, lecz niestety, nie znalazłem tam niczego oprócz kilku kradzionych owoców. Żadnego mięsa, nawet przechowanego kawałka. Westchnąłem. Chyba powinienem wybrać się po raz kolejny na polowanie, inaczej czarno widzę nadchodzący czas.  Ale w tym stanie...
Przemierzyłem powoli dom, stukając o podłogę swymi butami na podwyższeniu, głęboko zamyślony. Przeszedłem do sypialni, w której znajdował się mój futon, szafa z szatami a także wielka skrzynia, pełna pamiątek i błyskotek, do której klucz nosiłem zawsze przy sobie. Wyjrzałem przez okno, obserwując jak powoli zmierzcha i słysząc, jak świerszcze zaczynają wygrywać swoje melodie. Uwielbiałem tą porę dnia - niebo nabierało ciemniejszych barw, powietrze miało specyficzny, rześki zapach, a cała nocna fauna budziła się do życia, wraz z istotami nie całkiem znanym ludziom.
Opuściłem więc dom, kierując się w stronę zarośli, nieco ożywiony. Noc zdecydowanie była moją porą do życia, nie to co duszące i przytłaczające popołudnia. Noc zdecydowanie bardziej odpowiadała mojej naturze i sprzyjała zmysłom.


***


Zawędrowałem niezbyt daleko, by nie popełnić wcześniejszego błędu. Przyczajony w zaroślach, już miałem okazję na łatwą zdobycz, gdyż niczego nieświadomy królik przycupnął w wysokiej trawie, nie zdając sobie sprawy z mej obecności. Obserwując, jak porusza swymi długimi uszami i węszy, zamachnąłem ogonem z zadowoleniem, a w mych ustach zebrała się ślina. Byłem tak głodny... I tak bliski złapania go, tak bliski.
W momencie, gdy już miałem się na niego rzucić, przez ziemię przebiegł wstrząs, a zaraz po nim rozległ się przeraźliwy huk. Uniosłem wysoko uszy, nasłuchując i na chwilę tracąc zainteresowanie królikiem, który w tym czasie zniknął mi z oczu, lecz nie przejąłem się tym tak bardzo, jak powinienem. Byłem zaniepokojony, gdyż takie coś nie miało prawa się wydarzyć, a raczej ja nie znałem powodu. dlaczego by miało. Poczułem silny dreszcz, przebiegający przez całe moje ciało, który postawił wszystkie drobne włoski, a wcześniej odczuwane rwanie w piersi stało się wręcz nieznośne. Wyczuwałem magię... nieznaną mi magię, wywołującą niepokój, lecz w jakiś mroczny sposób przyciągającą do siebie. Sprawiającą, że serce zaczyna bić szybciej, lecz dlaczego? Nie miałem pojęcia.
Musiałem przerwać polowanie. Nie chciałem znaleźć się w pobliżu tego czegoś, a coś mi się wydawało, że nie miało to zbyt przyjaznych zamiarów. Pod postacią lisa czmychnąłem więc w przeciwną stronę, decydując się na odwiedziny w leżącej na skraju lasu ludzkiej wiosce - miejsca niebezpiecznego dla kitsune i innych demonów, lecz innego sposobu na zdobycie pożywienia tym razem nie miałem, ku memu niezadowoleniu. Adrenalina krążąca w mych żyłach dodała mi sił, dlatego też biegłem szybciej niż zwykle, pomimo ogólnego zmęczenia. Kątem oka widziałem, jak wiele zwierząt również czmycha przed nieznanym niebezpieczeństwem, by nie znaleźć się w polu rażenia. Dreszcze wciąż przechodziły moje ciało, a sierść stawała dęba. Ta magia była przerażająca.
Dość szybko znalazłem się tuż przy wiosce, gdzie zwolniłem bieg, aż w końcu zacząłem się skradać. Na obrzeżach było zadziwiająco cicho, jak jeszcze nigdy o tej porze. Czyżby nikogo nie było w domach?
Przybierając postać człowieka, zakradłem się do jednego domostwa, wyczuwając uprzednio, iż mieszkańcy gdzieś wybyli. Nie tracąc czasu na przetrząsanie ich majątku, jak to zwykle miałem w zwyczaju, udałem się prosto do kuchni, by poszukać czegoś smacznego. Dom nie wyglądał na własność niższej klasy i zapewne taki nie był, jako iż znalazłem pełno rarytasów, lecz oczywiście nie mogłem zabrać zbyt wiele, z racji iż musiałem się stąd dość szybko ulotnić. Machając z zadowoleniem ogonem, chwyciłem bochenek chleba, a gdy wyciągnąłem dłoń po coś jeszcze, strąciłem metalową miskę na podłogę. I wiedziałem już, że będę musiał jak najszybciej uciekać.
Usłyszałem kroki w sąsiednim pomieszczeniu, całkiem szybko zbliżające się w stronę kuchni.  Czyli jednak ktoś tu był? Cholera, przez to, że byłem zmęczony, moje zmysły nie działały poprawnie. Otworzyłem okno i wypadłem na zewnątrz, lecz niestety, zdradził mnie koniuszek ogona, który został dostrzeżony przez ludzi. Usłyszałem krzyk, a potem trzask frontowych drzwi i głośne nawoływanie. Ruszyłem biegiem w stronę lasu, z przeraźliwie szybko łomoczącym sercem. Jeśli będę mieć pecha, zaczną gonić mnie Łowcy, o ile jacyś byli w pobliżu, a oni nigdy nie odpuszczają, jeśli chodzi o kitsune. Mieli z tego niemałe zyski.
Nie dam się obedrzeć ze skóry, pomyślałem i przyspieszyłem, kiedy usłyszałem za sobą o wiele więcej kroków niż wcześniej. Odwróciłem się na ułamek sekundy i już miałem pewność, że ten dzień jednak potrafił stać się gorszy niż był, a ja mam niewyobrażalnego pecha w życiu. To byli oni, Łowcy we własnej osobie. Gdybym był w lepszej formie, może i stanął bym z nimi do walki, lecz w tej chwili czułem, że moje siły są już na wyczerpaniu. Jedynym, co pozwalało mi biec dalej, była adrenalina i wściekłość. Tak bardzo nienawidziłem ich za to, co zrobili...
Ściskając chleb w ramionach, biegłem ile sił w nogach, lecz z przerażeniem uświadomiłem sobie, że są coraz bliżej, a ja musiałem najpierw ich zgubić, by przez przypadek nie zdradzić miejsca swej kryjówki. Wiedziałem, że nie mam na to sił, co tylko jeszcze bardziej podsyciło mój strach. Z tego wszystkiego nie pomyślałem nawet, by przyjąć lisią formę. Nawet nie zwróciłem uwagi, dokąd biegnę, a kiedy ponownie poczułem ciarki na całym ciele, zrozumiałem, że jestem bliżej dziwnej magii niż wcześniej. Z deszczu pod rynnę. To naprawdę nie twój dzień, Ignis. Czyżbyś już dziś miał podzielić los swych rodziców? Trzeba było zadowolić się tym cholernym jabłkiem.
Z mej lewej strony przemknął jakiś cień, a ktoś za mną wydał z siebie przeraźliwy krzyk. Nie rozumiałem sytuacji, a mój cel był jeden - uciec jak najdalej, by w końcu odetchnąć. Nim się spostrzegłem, zacząłem powłóczyć nogami i zahaczać połami szaty oraz włosami o wszystkie wystające gałęzie wokół. Potknąłem się nawet na kamieniu i przeleciałem kilka dobrych metrów, unosząc chleb nad głową. W innej sytuacji wyglądałoby to pewnie dosyć zabawnie, lecz teraz nie było mi do śmiechu, wręcz przeciwnie. Poobijany i podrapany podniosłem się szybko i wznowiłem bieg, dysząc ciężko z przemęczenia. Cholera jasna. Dajcieże mi już spokój!
Zbyt szybko traciłem siły. Będąc już na skraju wytrzymałości, osunąłem się po jakimś zboczu, brudząc się cały błotem i stwarzając na ciele kolejne zadrapania. Popędziłem po raz kolejny przed siebie, nadal słysząc za sobą odgłosy pogoni, a do tego jeszcze szczekanie psów. Czyżby dołączyli kolejni...? Im było ich więcej, tym miałem większy problem.
Nie dawałem już rady. Byłem za słaby i sam zaczynałem nabierać wątpliwości. Po co jeszcze walczę? Dlaczego tak trudno pogodzić mi się z własną śmiercią? Złożyłem obietnicę, to prawda, lecz czymże było me życie i jaki był jego sens...? Gdy już miałem upaść i po prostu się poddać, ujrzałem nad sobą jakąś dłoń. Niewiele myśląc, po prostu chwyciłem za nią, przez co zostałem pociągnięty w górę i znalazłem się wysoko na jakimś drzewie, ukryty w gęstwinie liści.
Obok siebie ujrzałem przycupniętą postać, skrytą pod czarnym płaszczem. Nie wiedziałem, kim był ten ktoś, lecz najwyraźniej uratował mi życie, za co byłem ogromnie wdzięczny. Już miałem zadać pytanie, kiedy ten odwrócił się w moją stronę i przyłożył do ust palec, zakończony ostrym, czarnym szponem by nakazać mi ciszę, po czym jego ciało stało się ciemne i przejrzyste, a z tyłu dało się dostrzec dziewięć falujących lisich ogonów. Zrzucił z siebie płaszcz, po czym zeskoczył z drzewa, lecz z tej perspektywy nie mogłem dostrzec, co dzieje się na dole, jako iż cały widok przesłaniały mi liście i nie pomagał nawet mój dobry wzrok. Słyszałem jedynie przeraźliwe krzyki Łowców i ujadanie psów, a potem... a potem zapadła cisza.

niedziela, 2 października 2016

Prolog

Czasy, w których boskie Kitsune biegały wolne po rozległych lasach i dolinach, Tengu obdarzone swą mądrością wznosiły się w przestworza, gdzie Nekomanty w spokoju mogły znęcać się nad swoimi oprawcami, a także żywić się padliną. Kappy mieszkające w wodach przy wioskach, bez jakiegokolwiek ponoszenia win mogły topić przechodzących mieszkańców, gdzie szukające zemsty Inugami wykonywały wyroki w zamian za swych właścicieli, którym były wierne a potworne Kamaitachi mordowały w szaleństwie wszelkie istnienie, które napotkały.
Gdzie barwne Kiriny pasły się na leśnych łąkach w całym majestacie, bez strachu przed ludzkim okiem, opiekuńcze Kodamy broniły drzew, a także wszystkich roślin w lasach przed ręką ludzi i wyrządzeniem im krzywd. Rakshasy, uwodząc ludzi, skazywały ich na wieczne potępienie a także śmierć, Ookami dumnie nosiły płomień na swych grzbietach i przemierzały lasy w celu ochrony stworzeń w nich zgromadzonych. 
Gdzie brutalne Oni mordowały w pobliżu swoich siedlisk, blask Onibi zwodził ludzi, aby przeszli na drugi świat. Smoki nie miały przed sobą żadnych rywali, a ich ziemie rozciągały się w kilometrach, gdzie Tanuki przechadzały się swym tempem po ludzkich wsiach, pod inną postacią, malutkie Yousei spały w kwiatach, a także interesowały się błyskotkami, olbrzymie i wiecznie głodne Orochi przerażały inne istoty swą zachłannością. 
Gdzie piękne Kobiety Śniegu, Wody i innych żywiołów uwodziły mężczyzn dla swej uciechy. A na końcu potężny ród Ayakashi cienia chronił w spokoju wszystkie powyższe istoty przed nieszczęściami, śmiercią czy złapaniem przez człowieka...

.... Wszystko to zmieniło swą kolej rzeczy, gdy ludzie pragnący władzy połączyli swe siły z Rodem Światła, aby wykończyć stojący im na przeszkodzie do celów Ród Cienia. W dwie noce wymordowali cały ród, jak myśleli, w całości. Ostatni rozpaczliwy krzyk należał do Tenko, które było matką, która obserwowała, jak jej dzieci i mąż, a także cała rodzina zostaje wyrżnięta. Przed śmiercią przeklęła cały Ród Światła, słowami: "Mój ród nigdy nie wymrze z waszej ręki, będzie trwał wieczność! Po upływie tysiąca lat sprawimy, że zalejecie się własną krwią, a wasze dzieci będą pożywieniem dla duchów tego lasu! Waszym przeznaczeniem jest śmierć!" 
Po wymordowaniu ostatniego Cienia, nic nie stało na przeszkodzie, aby wyniszczyć pozostałe gatunki demonów. Tak oto zaczęto polować na Kitsune dla ich futr, na Orochi dla skór, na Tengu dla piór. Kiriny zostały wykorzystane jako środki transportu, osobniki, które nie chciały się podporządkować przeznaczono na mięso, żadne stworzenia nie były już bezpieczne. Nawet duchy drzew- Kodamy musiały schronić się w najwyższych górach, gdzie ryczą smoki, aby nie zostać unicestwione. 
Powstały Gildie Łowców które zajmowały się łapaniem poszczególnych gatunków demonów, zjaw oraz potworów. Przyczyniło się to do spadku ich liczebności, a na wymarciu znalazło się o wiele więcej gatunków, niżeli było przedtem. Teraz lasy były zamieszkiwane przez zwykłą zwierzynę, trudno było znaleźć jakikolwiek ślad demona, a co dopiero zjawy. 

Po upływie tysiąca lat, poprzez miasto, w którym mieszkał Ród Światła, przeszło potężne trzęsienie ziemi, które pozostawiło po sobie olbrzymie szkody, a także znak, na który większość Światła zamarła w bezruchu. Znak ten, symbolizujący Ród Cienia, powstał na posągu, stojącym w centrum, przedstawiającym osobę, która przyczyniła się do wymordowania tegoż rodu. Następnie owy posąg runął na ziemię, rozbijając się na drobne kawałki. Najwyższa rada zwołała posiedzenie podczas której stwierdzono, iż klątwa powróciła do żywych...

Czas kolejnej walki rozpoczął się w chwili, gdy potwór poruszył łańcuchami, wywołując trzęsienie ziemi. Rude uszy słysząc to zjawisko, uniosły się gwałtownie ku górze, nasłuchując. Młody Kitsune jeszcze nie wiedział, w co zostanie wplątany. Ta wojna nie ominie nikogo.